Ach, jak się trudno rozstać..

lucky3

Stało się. Rozstaliśmy się z Lucjanem. Nasz dom zrobił wszystko, by być najlepszym domem tymczasowym, a ja do ostatniego dnia walczyłam o to, by stał się stałym, tym najlepszym, tym na zawsze. Nie lubię przegrywać i fatalnie znoszę porażki. Odchorowuję je wręcz, a tu musiałam się przyznać przed samą sobą, że poległam, że nie mam siły walczyć, że w złą stronę to wszystko podąża. Gdy to przyznałam i powiedziałam głośno, to pojawiło się światełko w tunelu. Znów tliła się nadzieja, że może jednak, że a nóż widelec, jak mawia babcia, się uda. A potem kolejne rozczarowanie, kolejna przegrana walka i jeszcze następna. Podróże małe i duże, konsultacje, przeczesywanie internetu, inwestowanie i szukanie pomocy u najlepszych. Grzebanie u źródła, analizowanie wniosków, nowe kroki, nowe lekcje, kolejne przegrane a wraz z tym w pakiecie te jego smutne oczy. O ileż byłoby prościej, gdyby potrafił mówić..

Nigdy wcześniej przez myśl mi nawet nie przeszło, że można oddać psa. Z drugiej strony gdzieś kiedyś usłyszałam, że „jeśli kogoś kochasz to dajesz mu wolność”. Lucky przyszedł do nas już jako dorosły pies z nie do końca znaną przeszłością. Miał wówczas dwa lata i trzy miesiące. Byliśmy jego czwartą rodziną. Nigdy nie było łatwo. Ktoś z boku mógł jedynie spojrzeć i widzieć pięknego haszczaka, bo jest najpiękniejszym husky jakiego na oczy widziałam. Każdy, kto znał go bliżej lub u nas choć raz przenocował, stwierdzał, że jest nie do wytrzymania i że pod wspólnym dachem nie spędziłby z nim nawet kilku dni.

Przygodę zaczęliśmy na szkoleniu w Centrum Natura Wilka. Tam gałgan mi najdroższy potrafił osikać trenerkę na placu manewrowym. Tam polował na owce. Tam dusił koty. Tam też po wszystkich wizytach przedadopcyjnych uznano, że będziemy dla niego idealną rodziną. Tam nauczono nas jak z nim pracować i wyszkolono go z zasad posłuszeństwa, aby był w stanie w miarę normalnie funkcjonować w rodzinie. Wszystko to trwało od września do maja, nie był to zatem epizod, a naprawdę sporo godzin spędzonych na placu szkoleniowym pod okiem profesjonalistów, którzy zawodowo szkolą psy do policji i straży granicznej, mają na koncie mnóstwo sukcesów a przy naszym pupilu zwyczajnie rozkładali ręce.

Adoptując psa bierzesz go w pakiecie z nieznaną przeszłością, akceptujesz fakt, że może mieć lęk separacyjny i dajesz mu dużo czasu na to, by się otworzył. Nasza walka trwała trzy lata. Niestety nasz husky mimo wielu starań nie otworzył się nigdy. Był jak kot. Chodził swoimi ścieżkami. Uciekał na każdym kroku, co sprawiało, że żyliśmy jak w więzieniu. Nie można było otworzyć drzwi ani wyjścia na taras, bo wówczas można było tylko odliczać sekundy do tego, by zwiał. Przeskakiwał wysoki płot z taką gracją i lekkością, że nikt nie zdążył złapać oddechu a po nim już zostawał jedynie siwy dym. Uciekał namiętnie i oddalał się coraz dalej. Znajdywaliśmy go nawet kilkanaście kilometrów od domu. Nigdy sam nie wracał. Zawsze w pakiecie z ucieczką był niepokój, że wpadnie pod samochód albo udusi kolejne koty czy kury sąsiadom, trafi do schroniska albo ktoś go przygarnie a my będziemy jeździć, pisać ogłoszenia, szukać..

W domu nigdy nie czuł potrzeby witania nas ani merdania ogonem. Pogłaskać można go było, kiedy on chciał. Większość czasu leżał z daleka od nas, marząc o wolności. Dodatkowo systematycznie znaczył teren, sikał głównie w pokojach dzieci, zasikiwał też wszystkie nowe przedmioty mimo, że pozwalaliśmy mu każdy z nich spokojnie obwąchać. Gdy mieliśmy go na oku chodził jak w zegarku, gdy znikaliśmy uparcie dawał nam do zrozumienia, że dom należy do niego. Bywały dni, gdy wracając ze sklepu do którego wyskoczyłam po przysłowiowe bułki, miałam zasikane każde pomieszczenie w domu. Chodziłam na czworakach i szukałam skąd pochodzi ten okropny samczy smród. Nie pomagały spraye, nie pomagało zamykanie drzwi, bo każde umiał otworzyć. Nie mogłam go zostawiać przypiętego na ogrodzie, ponieważ wył, skakał na drzwi i okna, a nie mieszkamy w lesie i mając psa w ciągu szeregówek trzeba mieć na uwadze, że mieszkają tu sąsiedzi z małymi dziećmi, migreną, czy po nocce spędzonej w pracy. Tylko totalny egoista i ignorant pozwala sobie według mnie na tego typu działania, łamiąc przy okazji prawo, o zasadach współsąsiedztwa nie wspominając.

Aby nawiązać z nim bliższą relację zaczęłam biegać. Niestety moje ludzkie tempo biegania nie dawało mu satysfakcji, nudził się po trzech kilometrach i kombinował. Później rozglądaliśmy się za psimi zaprzęgami, jednak przy naszym trybie życia, nierealne było wstawanie o 4:00 czy 5:00 i wożenie go na wybieganie się. Nie zawsze była też gwarancja, że psa się uda z innymi zgrać, bo nasz samiec Alfa do łatwych egzemplarzy nie należał. Sporo osób na wszelkie problemy związane z ucieczkami, terytorialnością i niezależnością zalecało kastrację. Początkowo byliśmy przeciwni, głównie eM. miał tu wiele do powiedzenia. Rozkładając ręce zgodziliśmy się i na ten zabieg. W naszym przypadku on tylko zwiększył problem. Pies po pięciu miesiącach od zabiegu przestał czuć swój intensywny zapach, więc sikał już nie po kilka kropel, ale litrami, a do kompletu dorabiał kupę. Przez trzy miesiące każdy dzień witały nas siki i kupa w salonie. Znów zaczęła się historia z behawiorystami. Każdy z nich kosztował. Każdy wpadał na kawę i widział spokojnego, leżącego w kącie psa. Każdy miał inny pomysł na problem. Zaczęliśmy od badań z których wyszło, że nasz pies to okaz zdrowia. Jeden z behawiorystów zalecał ignorowanie tego znaczenia terenu, nie komentowanie go tylko przejście do normalnych obowiązków, wyprowadzenie psa, zamknięcie go po spacerze na ganku i dopiero sprzątanie. Pies z powodu braku jakiejkolwiek reakcji miał się znudzić i przestać załatwiać w domu. Niestety to nie pomogło. Trzy tygodnie ignorowałam, sprzątałam w ciszy, a on wciąż robił swoje. Zamknięty na ganku nie załatwił się nigdy, więc odpadł nam problem natury fizycznej. Zasugerowano zakup drugiego psa, najlepiej suczki, tak by Lucky miał zapewnione psie towarzystwo. Na tą opcję nikt o zdrowych zmysłach przy trójce dzieci i jednym tak problemowym psie by się nie zgodził. Na moje pytanie: a co jeśli drugi pies nabierze nawyków pierwszego, nie udzielano odpowiedzi.

W ciąży z Hanią podjęłam współpracę z Fundacją Północniaki. To świetna fundacja, a jej założycielka Maja to najbardziej oddana psom osoba, jaką w życiu spotkałam. Maja znalazła naszemu psu miejscówkę w bezdzietnej rodzinie, która jest azylem dla psów północy. Mają ponad 20 malamutów i husky z którymi regularnie biegają w zaprzęgach. To u nich wyszło, że Lucky musi biegać, musi dostać mega wycisk by paść pa pysk i spać do następnej wyprawy do lasu. To od nich każdego ranka dostawałam relacje, filmy i zdjęcia. Widziałam na nich zupełnie innego psa. Schudł, nabrał mięśni, a jego oczy błyszczały jak nigdy dotąd. Był tam 2,5 miesiąca. Fundacja starała się go rozgryźć i wyleczyć z fatalnych nawyków. Bardzo chcieliśmy, by do nas wrócił. A kiedy wrócił zaczął się istny horror. Doszło do tego, że mój mąż spał ze stoperami w uszach, a ja chodziłam jak Zombie, ponieważ każdej nocy musiałam kilkakrotnie zbiegać na dół i uciszać skomlącego, spragnionego biegania psa. Każdej nocy jego piski budziły nam dzieci, wtedy to w ogóle nie wiedziałam, czy biec na dół, czy uciszać płaczącą Hanię, czy wybudzoną Lenkę bądź Maćka. Po opanowaniu sytuacji wpadałam do łóżka, nie zdążyłam zagrzać stóp a jojkanie rozpoczynało się od nowa. Wyprowadzałam psa cztery, pięć razy dziennie. Pierwszy spacer miał przed 8:00 a ostatni nawet o 1:30. Telefony do Mai, Dany i Agi, które znają naturę wilka na tyle, że mogłyby się z niej doktoryzować nie przestawały się urywać. Pracuję w domu, obok mam pola, więc mogłam sobie na taki tryb życia dopasowany do potrzeb czworonoga pozwolić. Mimo nocnego spaceru Lucky potrafił już przed 4:00 sikać i załatwiać się w domu. Padło na klatkę kennelową. Miała go wyciszać, być psim azylem i rozwiązać problem.  Aga i Miron pomogli mu się z nią oswoić i sprawnie przeprowadzili cały proces klatkowania. Kupiłam największą z możliwych. Nie wyglądała atrakcyjnie w salonie, ale skoro miała pomóc, zgodziliśmy się ją tam ustawić. Pies wydostał się z niej już pierwszego dnia wyginając metalowe drzwiczki u dołu. O zniszczeniach w domu już mi się nawet nie chce pisać. Znów każde piętro było zaznaczone. Wyraźnie pokazał nam, że to jego teren i że nie odpuści. Mimo wielu szkoleń, porad, starań i czasu pies wciąż nie pozwalał nam na stworzenie więzi i normalnego funkcjonowania. Tydzień mogło być dobrze, a następnie odwijał taki numer, że z niemocy miałam ochotę otworzyć mu drzwi na oścież niech leci, gdzie go nogi poniosą. Niech będzie szczęśliwy i wolny, a nam da normalnie żyć.

To dlatego nasza historia zakończyła się odwiezieniem kilka miesięcy temu psa do Agi i Mirona, którzy gwarantują psom północy najlepszy z możliwych azyli. Psy biegają u nich wolno po dużym ogrodzie. Nasz ogród przy szeregówce do dużych nie należy i w żaden sposób nie spełnia funkcji wybiegu. Tu duży pies nie ma nawet szansy się rozpędzić, a u nich ma zapewnione regularne psie zaprzęgi i olbrzymie stado sobie podobnych gałganków. Tam Lucky może nie jest piękny, lśniący, pachnący i wyczesany, ale ma to do czego natura go stworzyła, a natury nie oszukasz. Husky musi biegać, musi być wolny i tworzyć stado. Wybraliśmy opcję finansowania psa na odległość, mając na uwadze nie tylko dobro naszej rodziny, ale przede wszystkim dobro Lucjana, który na zawsze będzie miał miejsce w naszych sercach. Przed nim jeszcze kilka lat biegania, wygrywania psich zawodów i merdania ogonem. Uznaliśmy, że to lepszy wybór niż bycie familijnym pieskiem na salonach i prowadzenie życia, które nie dawało mu satysfakcji a dla nas było mordęgą.

Nasz dom znów stał się cichy, czysty a drzwi na taras latem mogły być otwierane na oścież, ponieważ nikt nie skorzysta z tego faktu by uciec.

Kilkakrotnie zaczynałam i odkładałam ten tekst. Nie chciałam by był on przestrogą przed adopcją, bo w schroniskach czeka mnóstwo cudownych, merdających i spragnionych miłości człowieka ogonków. Mam jednak nadzieję, że pozwoli on chociaż niektórym bardziej świadomie wybrać rasę, poczytać o jej predyspozycjach i zweryfikuje je ze swoim trybem życia, możliwościami lokalowymi i czasowymi rodziny.

Jeśli macie pozytywne doświadczenia związane z adopcją czworonogów to koniecznie się nimi podzielcie w komentarzu. Nasza historia niestety happy endem się nie zakończyła 🙁

Takiego go zapamiętam <3

Pierwszy z lewej, szczęśliwy, z wywalonym jęzorem..

Pierwszy, zawsze gotowy do startu..

 

 

 

 

Lucky – pierwszy z lewej

 

 



There are 5 comments

Add yours
  1. MARTA

    Nasz nie był adoptowany, jest z nami od szczeniaka, za to właśnie wszedł w okres dojrzewania. To jakiś horror. Robimy co w naszej mocy, ale i tak nocą dużo niszczy. Czasami mam ochotę to oddać, z bezsilności, ale nie poddam się tak łatwo.

  2. Madzia M

    My ponad rok temu adoptowaliśmy naszą Stokrotke. 90% pinczera i 10% domieszki😜. Zawsze w przypadku kontaktu samiec samica jest ok. Gorzej gdy to ja… Druga samica wchodziłam na jej terytorium. Potrafiła nawet pokazać kiełki. Czasem bałam się wejść do łóżka bo Dama już w nim leżała, na Moim miejscu i w dodatku na mnie warczała. Bałam się że w końcu mnie ugryzie. Ale nie dałam się. Postanowiłam, że skoro jest spełnieniem moich marzeń o daniu miłości porzuconemu biednemu zwierzakowi to nie poddam i popracuje nad jej zachowaniem. Tyle że pinczer kocha max 2 osoby a słucha tylko samca, w tym wypadku mojego narzeczonego. Resztę osób toleruje. Ale daliśmy radę. Po prawie roku nastąpiło przełamanie. Teraz gdy wracam do domu od progu rzuca się w moje ramiona , tuli i całuje jak bym była jej prezentem. Ulubionym miejscem na drzemkę jest moje łono lub klatka piesiowa skąd czasem wydaje mi się że wsłuchuje się w bicie mojego serca. Nie oddam jej za nic. To najmądrzejsza i najbardziej kochana sunia jaką kiedykolwiek miałam. Jest spelnieniem moich marzeń o prawdziwej miłości. Wiem że złamie mi serce dopiero gdy odejdzie do psiego nieba. Ale to mam nadzieje za co najmniej 5 lat.

  3. Monika

    Ten artykuł w żadnym wypadku nie opisuje porażki i kończy się happy endem! 😀 Daliście Luckowi wszystko co mozna było mu dać – swoją miłość, morze cierpliwości, czas i poświęcenie 💙 Przekazaliście go do innej kochającej rodziny nie zaprzestając przy tym finansowania. To jest dopiero sukces! 👍👏🏻 Tyle dac od siebie dla piesełka! Niejeden człowiek już dawno by się poddał. A Porażką byłoby wywiezienie Lucka do lasu i przywiązanie go do drzewa. Brawo Wy! 👏🏻👏🏻👏🏻


Dodaj komentarz