Jak wielomatka wychodzi do kina? [Sztuka kochania]

szk5

Matka prawdziwie zabiegana to rano z dzieckiem pod pachą stawia się na siłowni, a wieczorem idzie się odchamić do kina. I to jeszcze na co idzie! Na „Sztukę kochania”. I to wcale nie z mężem a z dwiema innymi matkami. Bo matkom wolno to korzystają, a dzieciom się naprawdę żadna krzywda nie stanie jak je tata ogarnie z kolacją i usypianiem. Śmiem nawet twierdzić, że jest to dobre dla rodziny i związku. Docenią Cię bardziej, stęsknią się, a może.. to Ty się stęsknisz 🙂 Ciekawa jestem, jak często włączacie pozytywny egoizm i robicie coś na co akurat Wy macie ochotę? Podkreślam : WY, nie Wasze dzieci, mąż i kot. Jak często wychodzicie same z domu? Naprawdę nie ma w tym nic złego, a nawet jest wskazane, by będąc matką nie zwariować. I ja wiem, że są wśród mam takie, które sobie tego nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażają. Że jak to one? Same gdzieś? Bez dziecka? Przecież one tego swojego poślubionego i tabun dzieci to nawet po chleb i marchewkę ciągną. Między dziewczynami mówimy na nie „przegrzane”. Na szczęście czas to weryfikuje i w większości przypadków albo wraz ze wzrostem potomstwa przegrzanie samo się leczy 😉

A wracając do tematu na na „Sztukę kochania” wybierałam się już dwa razy, ale dopiero w środę, w środku minionego tygodnia doszło to do skutku. Zupełnie spontanicznie, co potwierdza, że w życiu matki spontany są najlepsze. Bilety do kina w środę są tańsze (Cinema City). Zadzwoniła do mnie koleżanka oświadczając, że dokonuje rezerwacji. Nie pozostałam na to obojętna i oczywiście zadzwoniłam dalej. Ostatecznie udało nam się wybrać w trzyosobowym składzie, bo czwartą babę zasypały tego wieczora faktury i za nic nie dała się namówić, by je spalić albo walnąć w kąt. Nie wybaczymy jej tego aż do następnego wyjścia, a to niebawem, bo repertuar w kinie nas zaintrygował, że już co najmniej dwa następne filmy chcemy koniecznie zobaczyć.  O „Sztuce kochania” Michaliny Wisłockiej dowiedziałam się zanim zaczęłam doświadczać. Śmieję się na to wspomnienie, ponieważ było owiane tajemnicą i sprowadzone do wyprawy na Mount Everest. Jedna ze szkolnych koleżanek od starszej kuzynki dowiedziała się, że takie dzieło istnieje i wszystkie zgodnie uznałyśmy, że koniecznie musimy je przeczytać. Wylosowałyśmy jedną z nas, która przeczytała już wówczas większość książek w publicznej bibliotece i wysłałyśmy ją na misję. Oczywiście postanowiłyśmy się tej misji przyglądać, więc wparowałyśmy stadem do biblioteki dla dorosłych, krążyłyśmy między regałami a Aga poszła książkę wypożyczać. Wypożyczenie okazało się prawie tak skomplikowane jak wydrukowanie pierwszych egzemplarzy. Ostatecznie uruchomiłyśmy inne znajomości i tak lektura przechodziła z rąk do rąk, a czytana była przez nas mniej więcej z takimi samymi rumieńcami na policzkach jakie mają dzisiejsze nastolatki czytając Greya.

Miło zatem było powspominać sobie tamte czasy oglądając film. Okazało się, że autorka, która była inteligentnym i ambitnym pracoholikiem, lekarzem pomagającym wielu kobietom, prywatnie godziła się na życie w trójkącie, oszukiwała swoje dzieci i miała średnio udane życie seksualne. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie muzyka i rola głównej bohaterki w którą wcieliła się Magdalena Boczarska. Dołączam do tych, którzy twierdzą, że może to być rola jej życia, choć to pierwsza w jakiej babę widziałam. Nie oglądałam żadnego hitu z jej udziałem, bo to nie był mój klimat. W ogóle często mam tak, że przedstawiają kogoś jako celebrytę albo gwiazdę a ja się uśmiecham do eM., bo nie mam zielonego pojęcia kim ta osoba jest. Na szczęście eM. zazwyczaj też wtedy nie wie, bo teraz tych „gwiazd” wszędzie tyle, że ciężko ogarnąć, jak się na plotkarskie portale nie zagląda i nie ogląda seriali.

Wracając do filmu to nie zamierzam Wam tu zdradzać szczegółów, bo uważam, że to jeden z tych filmów, które warto zobaczyć. Idźcie więc do kina, jeśli jeszcze nie udało Wam się tam dotrzeć.

Na koniec kilka słów o tym, jak matka do tego kina wychodziła. Nie mając dzieci zwyczajnie idziesz do kina. Mając troje dzieci też możesz chodzić. Serio. Często pytanie mnie o to w jaki sposób ja wszystko ogarniam jakbym dobę miała z gumy albo jakieś moce nadprzyrodzone posiadała, a to zwyczajnie kwestia chęci i męża. Męża informuję o moich planach, ale on zazwyczaj i tak o tym zapomina. Faceci! Jak zaczynam się szykować to robi taką minę, żebym uwierzyła, że On wie, gdzie i po co ja idę. Na to ja udaję, że wierzę i jesteśmy dogadani, gra gitara, focha nie ma 🙂 W przypadku starszych dzieci stosuję metodę szokową, czyli stawiam ich przed faktem dokonanym. Kąpię, szykuję piżamy i wtedy żadne już nie chce ze mną iść, więc mam z głowy młodociane towarzystwo, jęki i stęki. Załatwione! Najtrudniej jest przekonać Hankę. Siedmiomiesięczna bestia zawsze wyczuje, że matka się gdzieś wybiera. Wczoraj chciałam być cwańsza od niej i tak mocno ją zajmowałam, że zaliczyła tylko jedną długą drzemkę w ciągu dnia. Wszystko po to, by szybciej padła wieczorem. Szybsza kąpiel, karmienie, uff.. lula. Ja pod prysznic, włosy umyłam, wysuszyłam, make-up robię, tyłek w jeansy wciskam, kolację jem, zęby myję, a wszystko w konspiracji z dwiema innymi matkami, które ze mną na ten seans jadą. Tylko one z tych, co już dzieci mają wyrośnięte, a ja w pieluchach. No i już nogę do buta wkładam a tu syrena. Obudziła się. Zerkam na zegarek, 45 minut do seansu. Samochodem mam tam 5 minut, jeszcze zdążymy. Idę karmić. Drugie podejście do wyjścia kończy się podobnie. Znów biegnę na piętro, karmię, a zegar wskazuje 19:35. Mam 25 minut do seansu. Trzeba jeszcze dojechać, zaparkować i kupić bilety, bo pewnie dokonana rezerwacja nam przepadła. Cóż, najwyżej nie załapiemy się na reklamy. Przeżyjemy. Jak mnie eM. do kina zabiera to zawsze celowo reklamy pomijamy i przychodzimy „dwadzieścia po”. Nakarmiona trzykrotnie królewna wreszcie śpi. Uff.. Wychodzę, dojeżdżamy na czas i wtedy zaczynają się reklamy i SMS-y, czy Hanka śpi, czy Maciuś przykryty, czy Lenka już zasnęła (zasypia ostatnia, budzi się pierwsza, zawsze!), czy pies nie tęskni (może chociaż pies hehe). W połowie filmu oddycham już spokojnie i nawet nie straciłam wątku. A po seansie wracam do domu, butów jeszcze nie zdejmę, a tu syrena. Obudziła się mimo, że to kompletnie nie jej pora, że nakarmiona, pampers suchy, sufit jej na głowę nie zleciał. No ma wyczucie ta moja córcia, oj ma! Z tatusiem to zawsze słodka i grzeczna i śpi, a tylko matkę usłyszy to…

Na koniec zwiastun, aby Was jeszcze bardziej zachęcić 😉

 

 



There are 16 comments

Add yours
  1. kobiecamyslodsiewnia

    Ja Sztukę Kochania znalazłam po raz pierwszy… u moich rodziców na półce w czasie przeprowadzki 😉 Ech, chyba nie muszę pisać o moich nastoletnich rumieńcach 😉 😉 Na film mam zamiar się wybrać – też z babami 😛

  2. Sandra W.

    Również jestem bardzo ciekawa tego filmu, ale nie wiem, czy w Niemczech się on pokaże. Jestem zawsze zdania, że matka, to przede wszystkim człowiek. To, że urodziła dziecko nie zmienia jej w coś podrzędnego zamykając w domu do osiemnastki dziecka. W związku z tym może sobie pozwolić na wszystkie przyjemności jakich potrzebuje 🙂

  3. Anka

    Wybieram się z mężem dla odmiany dziecię zostanie z ciocią 🙂 Bo w tym miesiącu miałam dużo chwil egoizmu i 2,5 letni synek często spędza czas z tatą a ja buduje firmę więc teraz czas na randkę rodziców 🙂

  4. busybook.pl

    Byłam, widziałam (z mężem w walentynki), dzieciuchy babci zostawiłam, wróciłam do domu o 24 (!!!!), bo to późny seans był. Polecam bardzo, bardzo! Zostawić czasem dzieciaki i film oczywiście też 🙂 .


Dodaj komentarz